Walka o duszę, duchowe metamorfozy czyli peacyfka zamiast pentagramu.
2011-03-10
Ta historia ciągnąca się przez rok sięga swymi korzeniami letniego sezonu w 2004 roku kiedy to siedziałem jeszcze na włościach rodzinnych robiąc pierwsze szkice swych pamiętników na podstawie których w wolnych chwilach jakiś czas później spisywałem opowiadania swego życia. Lecz w tym czasie choć rozwijałem się twórczo pisząc, malując na szkle bawiąc się w wyroby z gipsu, gliny plastycznej i stali zajmowałem się rzeczami ,,nie z tego świata”. Tak tak....wiedza tajemna nie była mi w tamtym czasie obca, wróżby runiczne, ezoteryka, I Ching, kabała, horoskopy były bajką z porównaniu do pozostałych rzeczy którymi się parałem już od dobrych kilku lat wcześniej. Nawet udawało się mi nad tym wszystkim panować przynajmniej tak wtedy myślałem dopóki nie zacząłem się bać samego siebie dostrzegając iż ludzie unikają mej osoby. Ale prawdziwy strach przyszedł gdy pewnego wieczora zajmując się sprawami okultystycznymi nie odwróciłem co trzeba było, robiąc przerwę na papierosa i wtedy to się stało...obok mej rodzinnej posesji przejeżdżał rowerem znajomy który niegdyś wyrządził mi krzywdę i tak jakoś chcąc nie chcąc wyszeptałem ,,za to co mi uczyniłeś a żebyś choć gumę złapał’’ i ledwo wypowiedziałem te słowa a on minął moją posesję faktycznie złapał kichę! I choć miałem pietra bo równie dobrze mogłem powiedzieć a żeby cię tam w ciemnej ulicy... a to zdarzenie tłumaczyłem sobie jako zbieg okoliczności podobnych takich wydarzeń niewiele potem jeszcze spotkało mnie wiele. Jednak by się uspokoić zacząłem pisać swe pamiętniki co pozwoliło mi zrozumieć że niszczę sobie życie więc zaczęła się wielka walka o mą duszę z tym co chciał mnie opętać. Porzuciłem w kąt wszystko co pośrednio i bezpośrednio mogło być związane z tzw. ,,wiedzą tajemną” i zacząłem się modlić o duchowego przewodnika będąc pewnym że będzie to człowiek wyświęcony jakiś ksiądz, zakonnica czy ktoś taki. Po jakimś czasie Pan BÓG wysłuchał mych modlitw okazało się jednak że moja droga do uratowania duszy będzie inna, a było to tak: pewnego pięknego dnia udałem się na zebranie stowarzyszenia którego byłem jednym z członków i tam jak na zawołanie przyszła nowa wolontariuszka z którą miło mi się rozmawiało a jako że nie specjalnie chciało mi się wracać do domu tuż po zebraniu wyszedłem szwendając się to tu to tam i wtem pod swymi nogami dojrzałem niezwykły kamyczek więc się schyliłem by przyjrzeć mu się uważnie z bliska a gdy go podniosłem mym oczom ukazała się owa wolontariuszka zbierająca kamienie więc podszedłem zamieniłem kilka słów i zaproponowałem pomoc która została przyjęta. Z uśmiechem na twarzy zawróciłem, zaś chwile potem podczas wspólnego zbierania kamyków zwierzyłem się jej z mych rozterek duchowych. Ta rozmowa była tym czymś co zapoczątkowało moje metamorfozy duchowe, częściejsze chodzenie do kościoła, czytanie Pisma Świętego otrzymanego właśnie od Niej, bez którego się nie ruszałem na krok. W końcu złapała mnie grypa w której trakcie leżąc w pieleszach w radiu usłyszałem o czymś czego nie przewidziałem a była to wiadomość o śmierci Jana Pawła II – co dalej pomyślałem sobie jak jeszcze będziesz się na mnie mścił czarny aniele! Po czym pomodliłem się za duszę papieża Polaka i poradziłem się Pisma Świętego co czynić w tejże sytuacji?! Gdy grypa ustała miała być ostatnia msza żałobna za duszę Jana Pawła II więc stopem udałem się do parafii w Puławach w której to tuż po owej mszy zaczepiłem sympatycznego księdza o których trudno w tych czasach i rzekłem mu o co chodzi umawiając się na następny dzień na rozmowę duchową i spowiedź u której nie było mnie wtedy jakieś osiem lat. Ach....jaki ja byłem wolny po tej rozmowie i spowiedzi oraz tuż po przyjeździe zniszczeniu i spaleniu wszystkiego co posiadałem związanego ze sprawami okultyzmu magiji i etc. Pamiętam jak demon walczył o mą duszę do końca i telepał mną wewnętrznie i zewnętrznie gdy karta po karcie paliłem moje kilko letnie zapiski rytuałów i innych temu podobnych me ręce po prostu latały utrudniając mi wrzucenie tego wszystkiego w ogień. Poczynając od pierścieni magicznych przez amulety z pentagramem, zapiski książki dosłownie wszystko a gdy to uczyniłem moje życie jakby nabrało kolorów tego po prostu nie da się opisać. Zostałem oczyszczony, moi znajomi jakby wyskoczyli z pod ziemi na nowo ze mną rozmawiali, nawet zapraszali na prywatki do domu wręcz jakbym się narodził na nowo. Jakiś czas potem w mym pokoiku przeglądałem fotki ze Szpakowskiej pielgrzymki które przyniósł mój drogi przyjaciel Paweł więc postanowiłem pojawić się na tej która się zbliżała w ramach dziękczynienia za ocalenie mej duszy i z prośbą odnalezienia miłości życia. Na jednej z fotografii dojrzałem późniejszego przyjaciela z bębenkiem i flagą, którą chciałem nosić jakby w ramach kontynuowania tego co sam zakończył. Pragnąlem też by ma flaga była jedyna w swoim rodzaju spora prosta i jednocześnie łącząca tych wszystkich ludzi znajdujących się na pielgrzymce. Z tym ostatnim był problem lecz rozwiązał się bo Najwyższy dał mi podpowiedź za pośrednictwem jednej z osób pielgrzymujących o co się modliłem i tak pojawiły się autografy na mej pokutnej pierwszej fladze. Ale nim powstała flaga i jej wizja stworzenia wykonałem z pomocą mojego taty moją kultową pacyfkę z kwaśnej stali którą do dzisiaj dumnie noszę na piersi, a jest ona odbiciem wartości które staram się w miarę godnie reprezentować. Tak oto pentagram wrócił do diabła zaś pacyfka spoczęła na mej piersi rozpoczynając nowy rozdział w moim życiu jako Chrześcijanina – hippisa.