Jesteś tutaj: Strona główna / Nadzieja na zrobienie czegoś z niczego.

Nadzieja na zrobienie czegoś z niczego.

2011-03-10


Jesienią 2006 roku mieszkając już blisko rok na mojej pierwszej stancji w Lublinie, jak przystało na hippisa – włóczęgę wybrałem się stopem na zlot do Częstochowy. Na stopa jak to na stopa choć różnie bywa tym razem miło mi się dotarło ciężkim czterdziestotonowym tirem w miłej atmosferze niesamowitego kierowcy ach... to były czasy kontrowersyjne dyskusje, przeplatane spokojniejszymi tematami a w tle dobiegająca cichutka muzyka z płyt i od czasu do czasu nawołujący głos w CB radiu kończący się zawsze szerokości czy coś w tym stylu ach....Po dotarciu na miejsce zlotu tradycyjnie na powitanko heja wszystkim po czym kilka łyczków browca ściągniętych od kumpla z butelki, własnoręcznie zwinięty skręt i już minka była wniebowzięta no i gadka szmatka jak kto dotarł co u ciebie itp. Nim się obejrzałem jedna z moich koleżanek zaproponowała mi opiekę nad chatką gdzieś na wsi i rozkręcenie tam hip – chaty dla osób z klimatu lecz tylko nielicznych by chatki nie roznieśli. Piękna idea chata miała być dla mnie gratis w sensie czynszu zaś rachunki na mój koszt muszę przyznać że zainteresowałem się tym, więc po zlocie wraz z właścicielką pojechaliśmy kumpla bryką luknąć gdzie potencjalnie mam mieszkać, pisać i rozwijać ideę pacyfizmu. Po przyjeździe na miejsce ujrzałem urzekająco piękną okolicę powalającą z nóg – cisza spokój las i malutki domek – altanka z kominkiem w środku i starymi meblami. Fakt faktem totalny chaos pajęczyny rozwalone książki i wkoło walające się śmieci oraz sterty niemytych naczyń. Dom wewnątrz wyglądał jakby nikt tam nie zaglądał ponad sto lat rodem z filmów o wampirach ha ha...Chcąc nie chcąc wziąłem klucze i zająłem się tym domostwem w którym po kilku dniach sprzątania jakoś dało się egzystować lecz mimo to dla bezpieczeństwa zbliżającej się zimy nie rezygnowałem ze stancji w Lublinie. Po tygodniu mojego bytowania odwiedził mnie przyjaciel z Warszawy który pomógł mi do reszty uporać się z bałaganem. Więc na powitanko kupiłem coś na rozgrzewkę oraz małe co nieco by po ciężkiej pracy przy sprzątaniu, ściąganiu drwa z lasu i taskaniu wody na herbę i kawę deko się posilić. Po powrocie z zakupów zacząłem rozpalać w kominku podczas gdy mój przyjaciel rozgrzewał się już w zimowym śpiworze marudząc ,,napal mocniej bo zimno tu jak w stodole, masz czekoladę daj mi czekolady ja chcę do mamusi i do mojego łóżka...” oj co ja z nim wtedy miałem hi hi...Gdy rozpaliłem w kominku po chacie spacerowałem jak Harnaś w czerwonych polarowych dzwonach z gołą klatą na wierzchu i siekierką do rąbania drwa na szczapy. Po takim spacerku odłożyłem mą ciupagę i wstawiłem na kominek imbryk w którym parzyła się kawa zbożowa,

po czym nic nie robiąc sobie z temperatury na zewnątrz zostałem skazany na samotne przechylenie uprzednio zakupionej ,,małpeczki” mimo moich nalegań ,,wypij stary jednego na rozgrzewkę pod czekoladę i nie marudź’’. Niestety drogi przyjaciel jakkolwiek zrezygnował z lampeczki gorzałeczki nie zadowolił się również tabliczką czekolady której mało się dla niego okazało by pozbyć się u niego maruderstwa. Tak oto podczas jego aaaa eeee...i etc. wypilem dwie setki trunku stopniowo dolewając go sobie do kawy zbożowej, którą cudem w międzyczasie w ostatniej chwili udało mi się zdjąć z kominka by nie wykipiała. Ale mnie rozgrzało ho ho... byłem w stanie wtedy wyjść w środku nocy i przynieść drwa do kominka z pod zadaszenia za co nie omieszkał obsztorcować mnie mój przyjaciel. Gdy pięknie ogień się żarzył dając blasku i oświetlenia wspomaganego świecami – wtedy jeszcze jedynym systemem oświetleniowym wziąłem kajet pióro i zacząłem pisać fraszki ach...Pełen romantyzm co tu dużo ukrywać tam to się dopiero tworzyło mimo niemal zerowych środków sanitarnych tak tak w środku nocy na oślep lub z malutką latarką i kawałkiem wyborczej pędziło się za potrzebą, a mycie w misce szarym mydłem mającym tam wagę złota a mimo to było naprawdę cool ! Gdy opuścił mnie mój drogi kolega ja również udałem się w trasę tym razem na Śląsk do przyjaciółki gdzie dzięki jej dobroci mogłem sobie zrobić pranie i wziąć wymarzony prysznic. Więc znów wróciłem na łono matki drogi by dojechać do cywilizacji i skorzystać z jej uroków. Po całodniowym przedzieraniu się na stopa dojechałem do mojej znajomej gdzie się przebrałem, wykapałem i skorzystałem z Internetu, oraz dobrodziejstw przepysznej kuchni. Po tygodniowym pobycie na nowo wróciłem na łono natury do jak byłem pewien wspaniale wysprzątanej kuchni, pościelonych łóżek i sporego zapasu porąbanego drwa na opał. Niestety nim dotarłem od właścicielki dostałem telefon ,,...słuchaj stary byłam na wsi kilka dni nabrudziło się trochę naczyń i nie zdążyłam pozmywać chyba nie masz mi tego za złe?! Przywiozłam ci bibułki i tytoń które zostawiłam w szufladzie oraz lepszą siekierę” Ok., ok. odrzekłem - nie wiedząc co mnie czeka po przyjeździe. Gdy dotarłem na miejsce z wielkim trudem idąc ostatnie ileś tam kilometrów taskając ciężki plecak zapaliłem świecę, napaliłem czym tam się jeszcze dało w kominku i położyłem się spać, zaś dnia następnego gdy wstałem po prostu złapałem się za głowę krzycząc w duchu o miłosierny Jezu zlituj się nade mną!!! Natychmiast złapałem za komórkę i dzwonię do właścicielki opierdzielając ją bez pardonu:,, co ty sobie myślisz?! Ja rozumiem pozmywać naczynia, mogę też zamiatać, narąbać drwa ale osobistych rzeczy po twoich gościach sprzątać nie będę do chol......y” !!!, po czym wkurzony rozłączyłem się wziąłem miotłę i wymiotłem do pojemnika na śmieci niesmaczny widok, zaś mą złość wykorzystałem do rąbania drwa. A gdy już się uspokoiłem siedząc wygodnie przy rozpalonym kominku postanowiłem powkładać ciuchy z plecaka do szuflady po której otworzeniu przeżyłem następny szok o chol........cia moja biedna koszula co się z nią stało skąd te dziury?! O w mor.... tu są myszy! Chcąc nie chcąc moja bardzo droga koszula wylądowała w kominku o czym nie omieszkałem tym razem bardziej na spokojnie poinformować właścicielkę mieszkania oraz o rezygnacji z lokum i że dnia następnego pakuję się i wracam na stancję do Lublina. Koleżanka zrozumiała mój ból i to że mam już serdecznie dość, ale mimo to jeszcze przetrzymała mnie kilka dni po których upływie faktycznie zwinąłem graty i tak jak uprzednio zamierzałem wróciłem do Lublina po drodze wstępując na rodzinne włości by doprowadzić się do stanu używalności. Gdy byłem już w Lublinie około dwóch tygodni po powrocie z trasy odwiedził mnie kolega który gdy dowiedział się o tym że prysła nadzieja o zrobieniu czegoś z niczego przekazał mi informacje o tym że mieszka w Pile i że zaprasza mnie do siebie , gdzie niebawem się udałem i zamieszkałem ale to już inna historia....

Jesienią 2006 roku mieszkając już blisko rok na mojej pierwszej stancji w Lublinie, jak przystało na hippisa – włóczęgę wybrałem się stopem na zlot do Częstochowy. Na stopa jak to na stopa choć różnie bywa tym razem miło mi się dotarło ciężkim czterdziestotonowym tirem w miłej atmosferze niesamowitego kierowcy ach... to były czasy kontrowersyjne dyskusje, przeplatane spokojniejszymi tematami a w tle dobiegająca cichutka muzyka z płyt i od czasu do czasu nawołujący głos w CB radiu kończący się zawsze szerokości czy coś w tym stylu ach....Po dotarciu na miejsce zlotu tradycyjnie na powitanko heja wszystkim po czym kilka łyczków browca ściągniętych od kumpla z butelki, własnoręcznie zwinięty skręt i już minka była wniebowzięta no i gadka szmatka jak kto dotarł co u ciebie itp. Nim się obejrzałem jedna z moich koleżanek zaproponowała mi opiekę nad chatką gdzieś na wsi i rozkręcenie tam hip – chaty dla osób z klimatu lecz tylko nielicznych by chatki nie roznieśli. Piękna idea chata miała być dla mnie gratis w sensie czynszu zaś rachunki na mój koszt muszę przyznać że zainteresowałem się tym, więc po zlocie wraz z właścicielką pojechaliśmy kumpla bryką luknąć gdzie potencjalnie mam mieszkać, pisać i rozwijać ideę pacyfizmu. Po przyjeździe na miejsce ujrzałem urzekająco piękną okolicę powalającą z nóg – cisza spokój las i malutki domek – altanka z kominkiem w środku i starymi meblami. Fakt faktem totalny chaos pajęczyny rozwalone książki i wkoło walające się śmieci oraz sterty niemytych naczyń. Dom wewnątrz wyglądał jakby nikt tam nie zaglądał ponad sto lat rodem z filmów o wampirach ha ha...Chcąc nie chcąc wziąłem klucze i zająłem się tym domostwem w którym po kilku dniach sprzątania jakoś dało się egzystować lecz mimo to dla bezpieczeństwa zbliżającej się zimy nie rezygnowałem ze stancji w Lublinie. Po tygodniu mojego bytowania odwiedził mnie przyjaciel z Warszawy który pomógł mi do reszty uporać się z bałaganem. Więc na powitanko kupiłem coś na rozgrzewkę oraz małe co nieco by po ciężkiej pracy przy sprzątaniu, ściąganiu drwa z lasu i taskaniu wody na herbę i kawę deko się posilić. Po powrocie z zakupów zacząłem rozpalać w kominku podczas gdy mój przyjaciel rozgrzewał się już w zimowym śpiworze marudząc ,,napal mocniej bo zimno tu jak w stodole, masz czekoladę daj mi czekolady ja chcę do mamusi i do mojego łóżka...” oj co ja z nim wtedy miałem hi hi...Gdy rozpaliłem w kominku po chacie spacerowałem jak Harnaś w czerwonych polarowych dzwonach z gołą klatą na wierzchu i siekierką do rąbania drwa na szczapy. Po takim spacerku odłożyłem mą ciupagę i wstawiłem na kominek imbryk w którym parzyła się kawa zbożowa,

po czym nic nie robiąc sobie z temperatury na zewnątrz zostałem skazany na samotne przechylenie uprzednio zakupionej ,,małpeczki” mimo moich nalegań ,,wypij stary jednego na rozgrzewkę pod czekoladę i nie marudź’’. Niestety drogi przyjaciel jakkolwiek zrezygnował z lampeczki gorzałeczki nie zadowolił się również tabliczką czekolady której mało się dla niego okazało by pozbyć się u niego maruderstwa. Tak oto podczas jego aaaa eeee...i etc. wypilem dwie setki trunku stopniowo dolewając go sobie do kawy zbożowej, którą cudem w międzyczasie w ostatniej chwili udało mi się zdjąć z kominka by nie wykipiała. Ale mnie rozgrzało ho ho... byłem w stanie wtedy wyjść w środku nocy i przynieść drwa do kominka z pod zadaszenia za co nie omieszkał obsztorcować mnie mój przyjaciel. Gdy pięknie ogień się żarzył dając blasku i oświetlenia wspomaganego świecami – wtedy jeszcze jedynym systemem oświetleniowym wziąłem kajet pióro i zacząłem pisać fraszki ach...Pełen romantyzm co tu dużo ukrywać tam to się dopiero tworzyło mimo niemal zerowych środków sanitarnych tak tak w środku nocy na oślep lub z malutką latarką i kawałkiem wyborczej pędziło się za potrzebą, a mycie w misce szarym mydłem mającym tam wagę złota a mimo to było naprawdę cool ! Gdy opuścił mnie mój drogi kolega ja również udałem się w trasę tym razem na Śląsk do przyjaciółki gdzie dzięki jej dobroci mogłem sobie zrobić pranie i wziąć wymarzony prysznic. Więc znów wróciłem na łono matki drogi by dojechać do cywilizacji i skorzystać z jej uroków. Po całodniowym przedzieraniu się na stopa dojechałem do mojej znajomej gdzie się przebrałem, wykapałem i skorzystałem z Internetu, oraz dobrodziejstw przepysznej kuchni. Po tygodniowym pobycie na nowo wróciłem na łono natury do jak byłem pewien wspaniale wysprzątanej kuchni, pościelonych łóżek i sporego zapasu porąbanego drwa na opał. Niestety nim dotarłem od właścicielki dostałem telefon ,,...słuchaj stary byłam na wsi kilka dni nabrudziło się trochę naczyń i nie zdążyłam pozmywać chyba nie masz mi tego za złe?! Przywiozłam ci bibułki i tytoń które zostawiłam w szufladzie oraz lepszą siekierę” Ok., ok. odrzekłem - nie wiedząc co mnie czeka po przyjeździe. Gdy dotarłem na miejsce z wielkim trudem idąc ostatnie ileś tam kilometrów taskając ciężki plecak zapaliłem świecę, napaliłem czym tam się jeszcze dało w kominku i położyłem się spać, zaś dnia następnego gdy wstałem po prostu złapałem się za głowę krzycząc w duchu o miłosierny Jezu zlituj się nade mną!!! Natychmiast złapałem za komórkę i dzwonię do właścicielki opierdzielając ją bez pardonu:,, co ty sobie myślisz?! Ja rozumiem pozmywać naczynia, mogę też zamiatać, narąbać drwa ale osobistych rzeczy po twoich gościach sprzątać nie będę do chol......y” !!!, po czym wkurzony rozłączyłem się wziąłem miotłę i wymiotłem do pojemnika na śmieci niesmaczny widok, zaś mą złość wykorzystałem do rąbania drwa. A gdy już się uspokoiłem siedząc wygodnie przy rozpalonym kominku postanowiłem powkładać ciuchy z plecaka do szuflady po której otworzeniu przeżyłem następny szok o chol........cia moja biedna koszula co się z nią stało skąd te dziury?! O w mor.... tu są myszy! Chcąc nie chcąc moja bardzo droga koszula wylądowała w kominku o czym nie omieszkałem tym razem bardziej na spokojnie poinformować właścicielkę mieszkania oraz o rezygnacji z lokum i że dnia następnego pakuję się i wracam na stancję do Lublina. Koleżanka zrozumiała mój ból i to że mam już serdecznie dość, ale mimo to jeszcze przetrzymała mnie kilka dni po których upływie faktycznie zwinąłem graty i tak jak uprzednio zamierzałem wróciłem do Lublina po drodze wstępując na rodzinne włości by doprowadzić się do stanu używalności. Gdy byłem już w Lublinie około dwóch tygodni po powrocie z trasy odwiedził mnie kolega który gdy dowiedział się o tym że prysła nadzieja o zrobieniu czegoś z niczego przekazał mi informacje o tym że mieszka w Pile i że zaprasza mnie do siebie , gdzie niebawem się udałem i zamieszkałem ale to już inna historia....

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

do góry tworzenie stron internetowych