Jesteś tutaj: Strona główna / THOMAS MERTON - ŻYCIE W LISTACH

THOMAS MERTON - ŻYCIE W LISTACH

2011-12-02

Jest samotność, która niszczy, ale jest też taka, bez której nie ma dojrzałej osobowości. Jeśli nie potrafisz być sam, nie będziesz umiał być z nikim innym


Wyjątkowy zbiór listów Thomasa Mertona by William H. Shannon and Christine M. Bochen
tłumacz: Aleksander Gomola
rok wydania: 2011


Są tacy pisarze, którzy mówią o tobie. Mają umiejętność nazywania świata w taki sposób, że chciałoby się wykrzyczeć: „Gdybym tylko potrafił pisać, wyraziłbym dokładnie to samo”. Są tacy, którzy tak opisują świat, że chciałoby się tam być. Nawet jeśli jest to świat zamknięty za murami klasztoru. Tomasz Merton to jedna z takich osób. 
Gdy przed laty przeczytałem „Siedmiopiętrową górę” zachorowałem duchowo. Chciałem nagle rzucić studia, pracę, towarzyskie kontakty i zostać mnichem kontemplacyjnego zakonu. Nikomu jednak o tym nie mówiłem, zwyczajnie się wstydząc. Kiedy raz, będąc na wykładach z plecaka wypadła na ziemię książka, zarumieniłem się niczym nastolatek przyłapany na przestępstwie. 
„Thomas Merton - brat, mnich” – brzmiał tytuł. 
Pamiętam reakcję bliskiego kolegi, przesympatycznego człowieka, który wówczas stanął jak wryty mówiąc:
– Co to k… jest?
– Bo wiesz – zacząłem tłumaczyć się jak uczniak po wywiadówce – kolega, który jest ministrantem prosił, bym mu przywiózł tę książkę. 
Nie mogłem przecież stracić reputacji, przecież w każdej chwili podczas towarzyskich spotkań mógł pojawić się zarzut: „Czy wiecie, co on czyta? Odbiło mu”. Teraz się z tego śmieję, choć wzrastałem w takim środowisku, że najbliżsi ludzie zupełnie by mnie nie zrozumieli. 
W końcu po wielkich momentach walki i zmagania ze sobą odważyłem się udać do obecnego proboszcza i podzielić się najskrytszymi marzeniami. Na szczęście o. Stanisław był franciszkaninem zafascynowanym życiem duchowym i doskonale rozumiał czym jest życie zakonne. Na dodatek nosił długą „monastyczną” brodę, co tylko dodawało mu wiarygodności. 
Proboszcz mnie nie wyśmiał, ale też nie popędzał. Jedynie zachęcił do systematycznej modlitwy. 
Pamiętam jak z uśmiechem słuchał, a później czytał moje listy, w których opisywałem narastające pragnienie zostania zakonnikiem. Tęskniłem za tym rodzajem samotności, o którym pisał Merton, za zakonną wspólnotą, klasztornymi murami, habitem. Chciałem przeżywać to co on, jego poszukiwania stały się moimi. 
Wyobrażałem już siebie jako poważnego mnicha, który przemyka się wieczorami w zaciągniętym na głowie kapturze i głęboko milcząc zatapia się w kontemplacyjnej modlitwie. „Dobrze, że opuściłem ten pusty świat, teraz ja jestem obok, jestem inny” – pojawiały się marzenia. Dodajmy, pełne buty i pychy. 
Wybór mógł być tylko jeden: trapiści. Niestety, ich w Polsce nie znalazłem, z powodów językowych odpadał też inny kraj. Szukałem więc dalej: kameduli? To nie to. W końcu zdecydowałem się napisać do dominikanów… Przynajmniej noszą białe habity, narzucając na nie czarne kapy. Daleka rodzina trapistów – pocieszałem się. 
Bez wątpienia to właśnie dzięki amerykańskiemu trapiście Kościół zacząłem traktować jak dom, w którym czuję się jak u siebie. Jestem ofiarą choroby zdiagnozowanej już w latach 50-tych, która nazywa się mertonka. Jej ofiarą musieli być także młodzi mężczyźni, którzy w liczbie stu pięćdziesięciu zgłosili się nagle do klasztoru w Getsemani, aby odbyć swój zakonny nowicjat. „Nasz klasztor wygląda teraz jak ul” – skomentował o. Tom. 
Po latach, nie żałuję decyzji – ani teraz, ani nigdy wcześniej. Za monastycznym życiem często jednak tęsknię,  jednocześnie doskonale zdając sobie sprawę, że jest to forma wewnętrznej ucieczki i naiwnego romantyzmu. Wiadomo: najbliżej Boga będziemy zawsze gdzieś indziej, nie tu. 
W dominikańskich klasztorach fizycznej samotności znajdziesz niewiele, a jeśli się zdarza, nie zawsze jest tak twórcza i pełna głębokiego sensu jak u trapistów, a przynajmniej jak u Mertona. I piszę te słowa z pewną ironią, a może i z zazdrością. 
I tu dochodzę do miejsca, w którym wypada wrzucić kilkanaście literek reklamy. Robię to jednak z przyjemnością (chwalić się "swoimi" jest ogromnie miło). 
Od kilku dni wczytuję się w świeżutką książkę Thomasa Mertona „Życie w listach” wydaną przez "W drodze". Kilka, czasem kilkanaście kartek przed snem. Lektura na nowo odświeża stare pragnienia: samotność i Bóg. Jest samotność, która niszczy, ale jest też samotność, bez której nie ma dojrzałej osobowości. 
Jeśli nie potrafisz być sam, nie będziesz umiał być z nikim innym – brzmi stara zasada mnichów. 
Merton często podkreślał, że mnich to ktoś niedostosowany, kto idzie w poprzek trendom tego świata, stawiającego na sukces, efektywność czy skuteczność. Mnich staje się więc kimś obcym, odrzuconym – po to, aby móc utożsamić się z tymi, których ten świat odrzucił. Mnich jest człowiekiem bez znaczenia, który nie należy do żadnego układu, tylko celowo wycofuje się na margines społeczny – po to, aby pogłębić swoje fundamentalne ludzkie doświadczenie. I tu konieczna jest owa przestrzeń samotności, bo jak się okazuje, to właśnie samotnik ma najwięcej do powiedzenia. I nie chodzi o to, że używa wielu słów, ale że to co mówi, jest jego własne, ponieważ zrodziło się z samotności. W tym znaczeniu mnichami są ci, którzy mają odwagę stanąć w obronie pogardzanych i najsłabszych.
Mnich jest instrumentem Boga, dzieckiem Boga. A to oznacza, że jest uboższy niż inni, bardziej ogołocony, mniej mocarny i wcale nie jest nieugiętą osobą. Jego życie pozostaje ukryte w Bogu, tajemnicze, ogołocone, lecz jest to życie, które winno być szczęśliwe i pełne, ponieważ jest to życie w prawdzie i prostocie, życie przed Bogiem, z Bogiem, w Bogu.
Pisał Merton, a później dodał:
Mówię o ideale monastycznym, nie będąc wcale idealnym mnichem, przeciwnie. Wiem, że jestem kiepskim mnichem, źle dostosowanym, z nieodłącznymi słabostkami do tego czy owego, z systemem nerwowym, który płata mi figle. Nie potrafię być mnichem, który daje budujący przykład. Myślę jednak, że nie jestem także skandalizującym mnichem, chociaż niektórzy mogą tak myśleć i myślą…
Henry Nouwen, holenderski ksiądz i pisarz, wyznał, że gdy czyta Mertona, czuje się jak u siebie w domu. Po latach wspominał, że na zawsze zachowa obraz tego dużego, otwartego, całkiem zwyczajnego człowieka, który smakował puszkę piwa ze swoimi gośćmi. Osobisty sekretarz, a zarazem współbrat z klasztoru Getshemani br. Patrick Hart OCSO stwierdził, że Thomas Merton naprawdę odmienił życie wielu ludziom. 
Trudno powiedzieć, czy te zmiany będą kiedykolwiek uznane za cuda „pierwszej klasy”, ale Merton jest świętym przez małe „ś”, w sensie Pawłowym. Jest kimś, kto wspiera wielu chrześcijan w duchowej wędrówce. 
Absolutnie poważnie, bez żadnych podtekstów, ukrytej ironii. Poetka muzyki pop, jeden z najlepszych polskich raperów nazwał ją „królową” - Halina Frąckowiak. Jaki jest sens samotności, odosobnienia, kontemplacyjnej modlitwy?
"Milczenie to najlepsza obrona, gdy… zawodzi krzyk".

KRZYSZTOF PAŁYS OP.

źródło :http://dominikanie.pl/blogi/krzysztof_powego_lasu/alys_op_opowiesci_z_beton

Polecamy także: http://www.palys.interq.pl/strona_glowna.htm

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

do góry tworzenie stron internetowych