Jesteś tutaj: Strona główna / Marek Domagała -przedstawia

Marek Domagała -przedstawia

2012-02-04

Zapraszamy do zapoznania się z twórczością Marka Domagały, uczestnika  pilegrzymek. Marek postanowił zawitać do nas w tym roku, być może wziąć udział w planowanym na jednym z noclegów, koncercie na Zamku w Świeciu???

 

Amaryllis:

Ewa Domagała - wokal, Marek Domagała – gitara, Henryk Kasperczak - lutnia, teorba, Kacper Stachowiak - perkusja, Łukasz Kulczak – gitara i Szymon Guzowski - gitara basowa.

Marek Domagała w zespole Amaryllis jest autorem większości kompozycji. Współtworzy również wizualną stronę muzyki mając swój udział w realizacji teledysków oraz wizualizacji koncertowych.

 

 

więcej o zespole:
http://www.myspace.com/amaryllisprogressive
"Wszechmocny Szept"

To jedno imię (z nieskończonej ilości Jego imion) wymykało mi się najdłużej i najskuteczniej... ale teraz, w najmniej spodziewanym momencie, ukazało mi się z całą mocą i pięknem!


***
myślą
bibułą
lękiem i drżeniem
rzezią słów niewiniątek
palcami łkającymi na klawiaturze z mgły
drążyłem ją w sobie
drążyłem poza
żłobiłem paznokciami
w grafitowym
granitowym OBLICZU

i oto jest
moja grota
organicznie ograniczona pustka

PAN przechodził
pękały granice
jęczały wrzeszczały jaźnie
dziwnie rozciągliwe
syczały wzdłuż i wszerz bytu

ale to nie był PAN

potem nagły brak ziemi pod stopami
brak życia
skulony embrion
pulsujący w oddechu śmierci
upiornie żywy

ale to nie był PAN

potem PŁOMIEŃ
pochłonął amorficzne twarze
groziły błagały żebym nimi był
zdzierałem je gdy płakały

ale to nie był PAN

i niczym już nie mogłem się zasłonić
gdy PAN nadchodził
szmer łagodnego powiewu
wszechmocny szept


***

model wszechświata mieści się w akwarium

nie ma tu galaktycznych mandali
przestrzeni zakrzywionej
w kindżał siódmego wymiaru

czarne dziury kropki flamastra na tekturze
gwiazdy złoty brokat za pięć złotych
nie widać ludzi zwierząt miast samochodów
ziemia niebieski koralik zerwanego naszyjnika

zwiędły księżyc na szklanym dnie wciąż świeci
sztuka dla sztuki Mars z Jowiszem sklejony
czwarty jeździec zdarł skrzydłem Mleczną Drogę
normalnie apokalipsa

przyśnił mi się PAN BÓG długie jasne włosy
gwiaździsta toga i dzika orchidea wyrastająca prosto z dłoni

siada przy moim modelu i tako rzecze:
podoba mi się

tylko tyle

jak na PANA BOGA wydało mi się to trochę mało
ale gdy zaraz potem
zniknęły dwa wszechświaty
mną rozdzielone

uznałem że to
taki boski trik

 

***

"Milcz i wyjdź z niego"!
oto cały dialog ze złym
Jedynego Mistrza
który tylko samym spojrzeniem
rozbraja cały zmyślny arsenał cieni
żadnych przymileń
uściśleń
ustalania kompetencji
analizowania intencji
tzw. "krótka piłka"
i zły jest posłuszny


musi


choć bardzo nie lubi musieć

 

 

***

punkt widzenia spadającego pocisku. struna łaknąca Dłoni. nigdy nie widzi jak rzeźbi w deszczu własny kształt. zamyka parasol. wymienia powieki na motyle. jest jak puls skroni pod wszystkimi gatunkami szarości. domalowuje im barwny cień. z zazdrości. takie umowne położenie sensu względem dziobu tukana. smak Bytu jak smak pieczarek. przy odpowiednim natężeniu każda smakuje inaczej. teraz ustawia kramik z zabawkami. wyblakłe cienie na znikającej ścianie. stworzony dla Piękna. zawsze coś więcej niż nic. zawsze Ktoś więcej niż on sam. mimowolna kontemplacja krajobrazu. tuż przed. świst UGM-109.

 


***

gdy uderzy w ciebie Światło.
zamkniesz czy rozwiniesz źrenice? czy wiesz że płoną tylko cienie? znikają matryce powtórzonych błędów? jak chcesz ocalić hologram serca? czy masz odwagę unieść gwiazdy w dłoniach? jesteś gotów żyć widząc Trzech Nieskończonych? jesteś gotów umrzeć by nie widzieć siebie? w ile światów uciekniesz by Mnie nie spotkać? nie niepokoi cię pojęcie nieskończoności zamkniętej?

 

 

 

***

[...] w moim Imieniu chronią się ptaki i pamięć Błękitu. ale nie jestem blue screenem Systemu. nie zgniatam świetlistą stopą digitalnych Fiołków. przeskakuję białe dziury Aksjomatów. ale podziwiam ich sprężyny. pozwalam ci oddychać nawet w głębokim cieniu. ale nie jestem bez zapachowym eliksirem. Buduję niemożliwe i możliwe na Jednej obręczy. ale to nie taniec płytkiej i głębokiej warstwy Formy - nie Jestem pozbawiony gestu. wdycham i wydycham Znaczenie jak twój duch. czy pomyślałeś kiedyś z ilu myśli utkany jest wszechświat z którego wykluwa się czerwona mrówka? ty również nie powstałeś z recyklingu Ważniejszych celów. twoje molekuły mogą Śpiewać. świerszcz na Ramieniu wobec milczącej otchłani [...]

 


 

***

chodź i zobacz

fale muszą dopłynąć do jakiegoś brzegu
łaskotanie bosych stóp
lepsze od wyemitowanych wszechświatów
równolegle?
a może raczej oddzielnie?


twoje gwiazdy
skrzą się chłodnym szmaragdem


Ten który trzyma bukiet niezapominajek
nie rozbija grubych szkieł
gdy nie chcesz słyszeć widzieć i czuć


całą wieczność można uciekać
jak pająk
wysnuwać srebrną nić niezliczonych wymiarów
zaplatać warkocze
rozpylać przestrzeń


i być coraz dalej
od Tego, który Jest Najbliżej
pomiędzy myślą a oddechem

 

 

***

nie obiecuję landrynek
ale
gdy się poruszysz
i odepchniesz rubinową pustkę która udaje Boga
rozmazane piksele start
przestaną się szczerzyć
i wdzięczyć
niczym tajne bozony
Stephena Hawkinga
które miały być dowodem na nieistnienie Istniejącego
odkryjesz
że
to tylko uciekające rozmycia chwil


dalej już tylko wieczność
lot w kierunku plus nieskończoność
i brak rozmazanych twarzy

 

 

 

***

pływamy w świetle
tylko dlatego, że skrzydła płetwy
oraz inne całki ciała
mamy z cienia
rodzaj pierwiastka z minus nieskończoności


wspinamy się po fotonach
jak po rozżarzonych węglach
obudzeni w środku transu
zwanego rzeeczywistością
imitujemy skok promieni w bok


czy to na wskutek złośliwych akapitów
czy też pauzy generalnej
nie oswoiliśmy gwiazd
nie spętaliśmy ich ramion
nadal jesteśmy ontologicznymi stroboskopami


niektórych to nawet bawi

 

 

***

gdyby światłość nie miała imienia
nie miałaby też oblicza
oblicze nie miałoby oczu
a oczy źrenic


to że Jego dłoń jest wystarczajaco niedostępna w jej transcendencji
i niewystarczająco dotykalna w jej immanencji
nie czyni z Niego nieuchwytnej smugi metafizycznej
Jego dłoń była również przebita


proszę nie mylić
swej jaźni z bytem absolutnym
źrenicy ze światłem
miłości z grą jednego w dwa
nicości z nieskończonością


chrześciajństwo to nie sterowniki
do hardwaru ludzkiej duszy
a upadłe anioły nie były i nigdy nie będą
filantropami o melancholijnym usposobieniu

 

 

***

trzepot chwil
refleksy ciemnej łzy
wewnątrz słońca

 

 

 

***

z iPoda płynęła rzeka Pavana
gdy anioł buszował w jej włosach Gabriel F.

 

 

 

***


a gdyby podniosła je z ziemi?
[tak jak wpadł na to Sir Isaac N.]
czy wąż byłby stonogą?
a nam odjęto by tylko jedno skrzydło?
[prawdopodobnie trzymając się za ręce wciąż moglibyśmy latać]
osty byłyby równie piękne jak róże?
a rodzenie dzieci byłoby większą rozkoszą niż płodzenie?


i pytanie najważniejsze:
czy Eden byłby bliżej, niż nasze obolałe serce?

 

 

 

 

***

aniołowie nasłuchują melodii spirali zamkniętych nieskończoności

ciało ludzkie jest wysublimowanym skafandrem duszy wrzuconej w bardzo przekonujacą lecz ostatecznie pozorną przestrzeń Nieobecności Boga

 

kwanty to sposób na nieprzedawkowanie rzeczywistości
lub tego, co za nią uchodzi
kwanty dają opowieść
skok? na huśtawce? czy samobójstwo?
dowiesz się tego dzięki kolejnej paczuszce kwantów
dlaczego ludzi bardziej fascynuje odpowiedź na pytanie “jak?”
niż “dlaczego”? - moja pierwsza teoria na ten temat brzmi tak: ludzie wolą odpowiedź, którą sami stworzą (wybiorą z wielkiej zupy kwantowej), niż zwrócą się do Tego, który dał im ten wybór i Jest Cały Odpowiedzią na pytanie “dlaczego?”
hipoteza łaski przy ich pojmowaniu kreatywności jest nie do przyjęcia, nie wiedzą, że ona swą potęgą obejmuje WSZYSTKO - poszukiwania, wybory - tj. odpowiedzi na pytanie “jak?” oraz odpowiedź na pytanie “dlaczego?” - Czy nie widzicie tego, że jedno od drugiego jest zależne? Między jednym a drugim toczy się nieustanny dialog i pojedynek o duszę? Naprawdę tego nie widzicie?

 

 


***

Nikt nie dostaje się do nieba bez walki. Nie ma głębokiego pokoju ducha "którego świat dać nie może" bez przyjęcia daru Ducha Świętego. Tylko dusza oczyszczona w ogniu Bożej Miłości może przyjąć Jego dar, a samo oczyszczenie nie jest duchową idyllą, czy pobożną sielanką - często bywa niezwykle intensywnym zmaganiem ze swym grzechem i wszelkimi skłonnościami do złego. Z całą pewnością to nie od Boga pochodzi duch, który kusi współczesnych ludzi (wrażliwych na świat ducha, kochających medytację, "czujących" obecność głębszych wymiarów rzeczywistości) "duchowością" charakteryzującą się postawą nie stawiania oporu. Nigdy, niczemu i nikomu. Tak można uzyskać efekt fałszywego pokoju, który może przekonuje intelekt, ale serca, czy głębi człowieka nie jest w stanie oszukać. Gdzieś w głębi ducha jest to ogromne nienasycenie i wzbierający niepokój, który jest oczywiście, bardziej lub mniej skutecznie tłumiony racjonalnymi argumentami. Po co walczyć ze złem, skoro tak naprawdę jest ono jedynie iluzją wynikającą z lęku? Ten ostatni, z kolei, bierze się z braku wiedzy o naturze wszystkiego? I tak stopniowo dochodzi się do wniosku, że to każdy emocjonalny, czy duchowy dyskomfort w człowieku jest czymś negatywnym, niż wyobrażone "zło z kopytami i rogami". Uważa się, że to właśnie negatywne emocje, które powstają w procesie walki duchowej zaburzają idealną harmonię wszechświata, dlatego należy je całkowicie wyeliminować. Oto misternie skonstruowana przez szatana pułapka dla tych wszystkich, którzy mają się za "oświeconych". Uważając się za elitę, ludzi wprowadzonych w wyższe prawdy duchowe, którzy mieli odwagę porzucić chrześcijańskie bajki (o Bogach-starcach na tronach i czyhających na ludzi diabłach z kopytami) kompletnie nie zdają sobie sprawy, że wkroczyli na bardzo niebezpieczną drogę. Taka postawa może ich skutecznie zablokować na przyjęcie rzeczywistego, Bożego pokoju, bez którego nie można poznać prawdziwego Oblicza Miłości Miłosiernej.

 

 

 

***

Nieskończoność za nieskończone zaufanie. Ta myśl zrosła się z moją świadomością, zrównała z oddechem i zsynchronizowała z biciem serca. Stała się moim mottem, lustrem, wezwaniem, a mimo to jej istota pozostała w pewnym sensie “nietknięta”. Ta myśl jest tylko desygnatem, ale to, co “wyraża” posiada znaczenie jedynie poza słowami. W rzeczywistości napełnia się dopiero jakimkolwiek znaczeniem w doświadczeniu modlitwy kontemplacyjnej. Bo jak niby słowami opisać cudowny “pościg”, “zaplatanie” i “przenikanie się” “dwóch nieskończoności”? “Boskiej przestrzeni wielkości” z “ludzką przestrzenią nicości i małości”? Tam, gdzie pojawia się dużo cudzysłowów to niewątpliwy znak, że czas porzucić słowa. Muszę jednak dodać, że ta Boska Nieskończoność nie rozmywa się w niekreślonej strefie czysto duchowych i metafizycznych epfanii. Boska Nieskończoność ma Imię, Kontekst, Oblicze, swą niepowtarzalną Historię - jej Imię to Jezus Chrystus.

 

 

 

***


To prawda, że Pan Bóg jako Rzeczywistość Pierwsza i Ostateczna jest nieuniknionym celem dla swego stworzenia, ale nie osiągamy Go siłą poza-osobowego prawa, jakąś mocą “Odwiecznej Bezwładności”. On nie jest enigmatycznym, nieskończenie skomplikowanym kodem Miłosierdzia, który zawsze działa tak, że bez względu na naszą wolę, postawę i tak wszystko zostanie nam przebaczone. To nie cukierek nieskończonego szczęścia, którego musimy zjeść (bez względu na to, czy lubimy, czy nie cukierki; czy chcemy zjeść, czy też nie chcemy). Tak, jak nie ma w Nim żadnej formy przymusu, tak też nie ma w Nim “zautomatyzowanych” odruchów. Z każdym człowiekiem, każdą duszą, boską iskrą rzuconą w odmęty natury, bezwzględnie broniącej swych praw, tworzy jedyną, niepowtarzalną opowieść - historię przemieniania obrazu Siebie w Siebie samego. Wschodnia mistyka naturalna próbuje ten cały proces osobowego dialogu stworzenia ze Stwórcą zredukować do ukrytych, tajemnych praw natury, które działają niczym skomplikowana maszyneria. Takie rozumienie nie ma nic wspólnego z pojęciem Bożego Miłosierdzia - wolnym, nieprzymuszonym aktem Stwórcy ofiarującym życie Syna Bożego, Jezusa Chrystusa za swe dzieci, które po prostu zbłądziły. Gdyby Bóg “nie odróżniał” swego stworzenia od Siebie dialog miłości byłby czystą fikcją. Gdyby Bóg nie odróżniał nas od Siebie, nie mielibyśmy szans na zaistnienie. Paradoks polega na tym, że nasza odrębność jest gwarantem naszej niezwykłej godności, ale równocześnie nieustającą świadomością nicości, z której zostaliśmy wyłonieni.

 

 

***

W Bożej Miłości piękne jest to, że nie ma w niej żadnej podprogowej, natarczywej sugestii, iż jest ALL THE BEST. Nie potrzebuje żadnej reklamy, jest duszą wszelkiej duszy i wnętrzem wszelkiego wnętrza, nigdy nie przychodzi jako coś obcego, z zewnątrz

 

 

***

A najbardziej w Bogu podoba mi się to, że szczęście którym jest On sam ma charakter subtelnego zaproszenia, dyskretnego dialogu, przygody poszukiwania, konfrontowania i doświadczania. Nie ma w Nim rysu wiecznie obrażonego Absolutu, czy ukrytego głęboko wyrzutu do swego stworzenia, że skoro Go nie chce, to "się nie zna" lub "niech się wypcha". Margines tolerancji dla błędu nierozpoznania Go jako jedynego szczęścia wydaje się być nieskończony, tak jak Jego Miłość. Ten margines to Boże Miłosierdzie. Zbawienie duszy jest zalecane, nigdy narzucane! Pragnąć zbawienia to odkryć, że w Miłości Boga nie kryje się nawet najmniejszy cień jakiegokolwiek przymusu. Pragnąć zbawienia to odkryć najbardziej radykalną postać wewnętrznej wolności.

 

 

 

***

Karl Rahner, wybitny teolog i człowiek modlitwy powiedział, że "Chrześcijanie XXI w. albo będą mistykami, albo ich nie będzie wcale". Absurdy, cyrki i jarmarki wiary rodzą się tam, gdzie żywe, intymne i przemieniające doświadczenie REALNEGO BOGA zastępuje się czysto intelektualnym przekonaniem, które z kolei prowadzi do postawy lęku i władzy zabobonu nad tymże intelektem. Wciąż się powtarza, ze żyjemy w czasach ostatecznych, tak też uważam osobiście, rzecz jednak polega na tym, że te czasy charakteryzują się przedefiniowaniem pojęcia RZECZYWISTEGO - Bóg nie mieści się w skali "rzeczywiste" i na tym wiele dla siebie ugrywa głupota, szatan, materializm, ateizm, zabobony itp. Dla mnie mistyka to najlepsze lekarstwo na te czasy, to niejako "urealnienie" Boga w moim życiu. Oczywiście napisałem słowo: "urealnienie" w cudzysłowie, bo to nie my UREALNIAMY Boga w tym świecie. On jest podstawą wszelkiego bytu, więc nie ma tu czego "urealniać". Paradoks polega jednak na tym, że człowiek ma (i to właśnie od samego Boga) straszliwą zdolność wykluczenia Jego Osoby ze swego doświadczenia, a ten dziwny podarek od Niego nazywa się: samostanowieniem i wolnością. Poprzez modlitwę mistyczną Jego Obecność staje się czymś ŻYWYM, REALNYM, NATURALNYM jak oddech. Tylko tak możemy od nowa przedefiniować rozumienie "rzeczywistego" w dzisiejszym świecie. Jest tyle skarbów duchowych, mistycznych w Kościele Katolickim. Wystarczy sięgnąć... św.Teresa z Avilla, św.Jan od Krzyża, św.Tersesa z Lisieux, św. Vianney... cały arsenał głębi i artylerii duchowej. Mało tego, śmiem nawet twierdzić, że Pan Bóg w tych czasach celowo prowadzi do "ośmieszenia" kościelnych zabobonów, będących wyrazem płytkiej wiary - to jest jak Jego koło ratunkowe, zdecydowane wezwanie do Głębi.

 

 


Modlitwa kontemplacyjna 1



Modlitwa kontemplacyjna to bez wątpienia największy dar, jaki otrzymałem od Boga. Paradoks polega na tym, że pisanie o niej wydaje mi się trudniejszym zadaniem, niż samo jej praktykowanie. Zastanawiałem się, skąd we mnie ta wielka potrzeba nazywania tego, co krystalizuje się w strefie „nienazywalnej”. Skąd we mnie to przemożne pragnienie pisania o modlitwie kontemplacyjnej? Dlaczego tak bardzo chcę się dzielić z innymi refleksją na jej temat? Opowiedzieć o tak silnym, osobistym doświadczeniu, które być może dla wielu nawet nie jest godne miana „doświadczenia realnego” (oczywiście w ich subiektywnej skali realności)?

Odpowiedź jest jedna: Pan Bóg.
Mam taki szczególny rodzaj testu na to, czy to, czego pragnę wynika z woli Bożej, czy raczej jest tylko i wyłącznie moim kolejnym, dziwnym pomysłem, nie mającym nic wspólnego z Bożym pragnieniem. Nazywam go „trzy papierki lakmusowe”. Przepis jest bardzo prosty. Zanurzamy trzy papierki lakmusowe w pragnieniu. Są to: nasze możliwości, koloryt determinacji oraz obraz własnej tożsamości, którą chcemy przez to pragnienie wzmocnić, rozszerzyć, czy wręcz uzyskać na nowo. Następnie sprawdzamy odczyty. Jeśli na papierku „nasze możliwości” będzie niemożliwość wykonania, pozorna lub niepozorna, na „kolorze determinacji” radość, i przede wszystkim na „obrazie tożsamości” znajdować się będzie pokora, to możemy być spokojni – takie pragnienie jest od Boga.
I tak jest w tym przypadku. Napisanie książki, czy choćby nawet cyklu rozważań na temat roli modlitwy kontemplacyjnej w moim życiu w istocie wydaje mi się czymś niemożliwym. Jadnak to wezwanie budzi niezwykłą radość, jako szczególny rodzaj zachęty i pewnego przedsmaku owocu, który będzie zwieńczeniem całego trudu. Przeczuwam również bardzo mocno, że idąc z tym pragnieniem odkryję samego siebie, swoją głęboką tożsamość, ukrytą dla mnie przez Boga w Nim samym.
Myślę, ze w życiu każdego chrześcijanina przychodzi taki moment, że ma dosyć wierzgania i nieustannego siłowania się z wolą Bożą. Chce po prostu zrobić coś, co niesie ze sobą głęboki pokój, radość oraz pasję tworzenia. Dramat polega na tym, że pójście za wolą Bożą wydaje nam się ostatnią rzeczą, z pomocą której zdołalibyśmy uzyskać ten wymarzony stan, stan szczęśliwości. W rzeczywistości to jedyna droga. Tę prawdę, jak i wiele innych, odkryłem właśnie na drodze modlitwy kontemplacyjnej.
Zaznaczę od razu na początku, że dla mnie ta modlitwa to przede wszystkim zwykły i równocześnie niezwykły proces wszczepiania się w Rzeczywistość – tą ziemską, tę niebiańską i tą Ostateczną, którą Jest, Który Jest. Dzięki modlitwie kontemplacyjnej różnorodny i przebogaty świat wiary stał się dla mnie DOŚWIADCZALNY, na mój jedyny i niepowtarzalny sposób. To ta sól, o której mówił Jezus „czymże ją posolić, jeśli smak swój utraci”? Ona dała smak wszystkiemu: miłości, wierze, nadziei, pięknu, cierpieniu, radości, Kościołowi, sakramentom, Pismu Świętemu, przyjaźniom, pracy, twórczości. Bez doświadczenia modlitwy to wszystko byłoby dla mnie martwe, pozbawione znaczenia, strącone z półki moich realnych wartości.
Przygoda z modlitwą kontemplacyjną, ta która już się wydarzała i ta, która wciąż się wydarza jest moim wielkim skarbem, dlatego muszę o niej opowiedzieć.

 

Czasami chciałbym śnić jak normalny człowiek

Kiedy zasypiam i przychodzą marzenia senne natychmiast włącza mi się ostra, jak żyleta świadomość, że to sen i zamiast śnić jak normalny człowiek, to załącza mi się "naukowiec" i eksperymentuję... Wiem, wiem! Słyszałem o technikach świadomego śnienia! Problem polega na tym, że ja nigdy nie musiałem ćwiczyć, żeby w czasie snu mieć jasną świadomość "nie-jawy". Mam to od dziecka. Ten model, który reprezentuję, ma taką przegródkę w świadomości, że jak coś jest "nie-jawą" to od razu o tym wiem, bez jakiegoś szczególnego dochodzenia, czy wysiłku. Nie wiem, czy to dobrze. Ostatnio śniłem o kumplach i koleżankach z podstawówki. Mieliśmy po dwanaście lat, jak za starych czasów, wspinaliśmy się po drzewach, skakaliśmy przez rowy, i przeciskaliśmy się przez rury na budowie.
- Ale wiesz, że to jest sen - mówię do Ewy.
Ewa wybałusza na mnie oczy, jakby kompletnie nie rozumiała, o czym właściwie mówię.
- No nie wygłupiaj się - powtarzam z uporem naukowca - przecież to widać na pierwszy rzut oka. Zobacz na tę trawę. Dopiero gdy na nią specjalnie spojrzysz nabiera pewnej ogólnej wyrazistości, dopiero gdy się schylisz i będziesz się wpatrywać w jedno źdźbło, to uzyska w miarę realny wygląd... ale nie idealny. We śnie wszystko ma charakter przybliżony.
Ewa uśmiecha się smutno.
- Może i masz rację - mówi patrząc mi głęboko w oczy - ale w ten sposób psujesz całą zabawę.
- Prawda jest dla mnie ważniejsza niż zabawa - odpowiadam dumnie.
Wbiega rozgorączkowany Maciek.
- Szybko! Bierzemy łódki i płyniemy przez jezioro.
- On już wie - mówi Ewa poważnym głosem.
- Znowu!? - Maciek wykrzywia twarz, jakby połknął plasterek cytryny - Nie umie się bawić.
- Nie umie - przytakuje Ewa.
Biegną w stronę brzegu "przybliżonego" jeziora, który zyskuje na ostrości, gdy mu się bliżej przyglądam.
Czasami chciałbym śnić jak normalny człowiek...

 

 

Człowiek Harfa

Człowiek - istota rozpostarta przez wszystkie widzialne i niewidzialne wymiary. Jest jak harfa z jedną, słyszalną struną reszta strun cierpliwie czeka. Nie ma pojęcia, jak może brzmieć prawdziwa muzyka jego możliwości.
Gawron Był marzec 2011 roku. Wiosna plamiła zmarznięte drzewa nieśmiałą zielenią wschodzących listków. Od dwóch miesięcy nasza Siena była offline. Mam na myśli, że silnik fiata Siena nie zapalał, ale nie tylko to. Wysiadła również dmuchawa, akumulator padł od mrozów, coś z niej ciekło, instalacja gazowa strzelała, niczym Estwood w swych wczesnych westernach. Nikt nie miał sił się za to wziąć. Nikt to znaczy ja. W pierwszym rzędzie należało wykręcić akumulator i spróbować go podładować, żeby wykluczyć pierwszą przyczynę nie odpalania silnika. Zebrałem się więc w sobie, zachęcony nieśmiałą zielenią listków wschodzących na zmarzniętych gałęziach. Zszedłem z piętnastoma kluczami, wiedziony dziwnym niepokojem, że żaden z nich może nie pasować do owej śrubki trzymającej pas usztywniający, co by akumulator się nie kolebał podczas jazdy. Maskę sieny otworzyłem i zaczęło się. Wykrakałem. Piętnaście kluczy miałem, ale nie ten, co trzeba, gdyż niewątpliwie jakiś geniusz motoryzacji postanowił umieścić tę śrubkę (ściągającą pasek) z tyłu akumulatora. Nijak się do niej nie mogłem dostać. Stałem jak ten kretyn od pół godziny z rozwartą maską i po raz czwarty próbowałem przypasować do śrubki piętnaście kluczy po kolei. Dwóch starszych panów przystanęło i zaczęło komentować:
– Te dzisiejsze akumulatory, panie!
Drugi od razu przytaknął.
– Szmelc, panie, śmieci sprzedają człowiekowi.
Burczę pod maską, że nie jestem pewien, czy to akumulator, dlatego muszę sprawdzić, ale oni już dosiedli swojego konika i nie zamierzali odejść bez pohasania sobie na moim nieszczęściu.
– Kiedyś panie to mercedes robił silniki, nic go nie mogło zniszczyć.
Drugi się wtrącił.
– Nawet mrozy rosyjskie nie dały rady tym silnikom w Tygrysach.
– To chyba nie silniki Mercedesa były.
– Ja ci mówię, że Mercedesa.
Nie byłem w stanie objąć mym małym rozumem, że ja tu ze śrubką prowadzę nierówny pojedynek, a dwaj starsi panowie poprzez swą irracjonalną słowną utarczkę o logo silnika niemieckiego Tygrysa dorzucili do tego dramatu swoje trzy grosze.

I na to wszystko przyleciał gawron.

Usiadł na małym, gołym drzewku jakieś dwa metry nad moją głową i zwyczajnie zaczął rechotać! Autentycznie! To właściwie nie był rechot, tylko jakiś taki bulgot, lecz ja to odebrałem (nie mogłem w tej sytuacji inaczej to zinterpretować) jako bezczelny, szyderczy rechot z moich żałosnych wysiłków. Dwaj starsi panowie umilkli, jakby z kolei do siebie odebrali ten rechot czarnego ptaszyska. Po chwili obrażeni odeszli. Z jednej strony mi ulżyło, że dwaj starsi panowie się oddali, ale z drugiej nieustanny rechot gawrona zaczął mi działać na nerwy. No to ja do niego takim nieładnym słowem, co często Boguś Linda używa: "s…aj!"
A gawron jakby bardziej zachęcony tym moim niespodziewanym nerwem jeszcze głośniej i cześciej zaczął bulgotać. Zupełnie jak silnik, który na mrozie nie chce zaskoczyć. W pierwszym odruchu chciałem go największym kluczem trafić, a potem wdeptać w resztki śniegu, żeby żadne czarne pióro nie wystawało. Pomyślałem jednak, że siary robił nie będę. Co chwilę jacyś starsi panowie tędy przechodzili, także matki z wózkami, a tu jakiś narwaniec piętnastoma kluczami rzuca w wielkie, czarne, niewinne ptaszysko.
Uznałem więc, że gawron ma po prostu ode mnie większe poczucie humoru. Poza tym dziesięć metrów dalej stał słup z dwoma kamerami wycelowanymi prosto we mnie i w gawrona. Osiedlowy monitoring. Myślałem sobie - siedzą tam jacyś kolesie, całymi dniami gapią się w te monitory, i nic się nie dzieje, nuda… ani nikt nikogo nie napada, ani nie kradnie samochodu, absolutnie nic… - a tu jakiś idiota przez godzinę nie może wykręcić akumulatora… zwołują więc kumpli z innych rejonów i pokazują palcem na monitor: „ ty, patrz, co za koleś, nie umie wykręcić akumulatora i z gawronem gada!” Mając więc na uwadze tych kolesi przed monitorami udałem, że coś mi wypadło na trawę i w ten sprytny sposób przybliżyłem się pod drzewko, gdzie przebywał gawron. Odwróciłem się tyłem do kamery i zacząłem udawać węża: Sssssssssssssss! Sssssssssssss!
Gawron przekrzywił czarny łepek, a w jego koralikowych oczach pojawiła się dziwna, gawronia litość. Taka litość bezrozumnego ptaszyska wobec niby rozumnego stworzenia. Miałem nieodparte wrażenie, że tylko ta litość kazała mu w końcu odfrunąć, żeby się dalej nie pastwić nad praktyczno-intelektualną ułomnością tego osobnika należącego do gatunku homo-sapiens. Tak, odfrunął, i byłem pewny, że nie przez fortel z wężem. Bo na koniec sam zasyczał, jakby chciał mi pokazać, że to akurat zna.
Wróciłem do swojej śrubki. Po półtoragodzinnej potyczce ze starszymi panami, gawronem, kolesiami przed monitorami z osiedlowego monitoringu, z samym sobą i przede wszystkim ze śrubką – uwieńczyłem swe starania całkowitym sukcesem. Niosłem odkręcony akumulator do domu wpatrując się zwycięskim wzrokiem w nieśmiałą zieleń wschodzących listków, którymi wiosna plamiła zmarznięte drzewa.

Akumulator był dobry. Silnik nadal nie odpalał, ale to już zupełnie inna historia…

 

Wszystkie zamieszczone powyżej teksty są autorstwa Marka Domagały - polecamy blog Marka:

http://alchemia-znikania.blogspot.com/ oraz  http://haikuofplanet.blogspot.com/


2 komentarzy

alicja
2012-02-05 12:28
NARESZCIE!!!! Zawsze miałam nadzieję, że się tu u nas pojawisz ... Bóg jest wielki! Jego święci również, szczególnie Święty Jan od Krzyża, bo gdzieś tam głęboko w sercu mam przeczucie, że to \"jego sprawka\". :)
kaja
2012-02-04 21:36
\"Wszechmocny Szept\" To jedno imię (z nieskończonej ilości Jego imion) wymykało mi się najdłużej i najskuteczniej... ale teraz, w najmniej spodziewanym momencie, ukazało mi się z całą mocą i pięknem! ~pod obrazem Jezusa św. Jana od Krzyża :)

Dodaj komentarz

do góry tworzenie stron internetowych