Jesteś tutaj: Strona główna / Jesienna noc w wigwamie.

Jesienna noc w wigwamie.

2011-03-10

Zdarzyło się to w październiku 2006 roku. Pamiętam dobrze to wydarzenie jak by to dzisiaj się zdarzyło. Siedziałem sobie przy komputerze będąc na rodzinnych włościach pisząc swe fraszki do gazety ,,Różne Drogi” wtem drynnn.... telefon więc chwytam za niego i dowiaduję się że mój przyjaciel będący naczelnym tejże gazetki będzie u naszego wspólnego znajomego na hacjendzie zapraszając mnie na wyskok w trasę więc chcąc nie chcąc spakowałem graty i rzucając ciepły kąt wyruszyłem stopem w okolicę Warszawy ach.....to były czasy ile to się miało werwy i charyzmy tego się nie da opisać to trzeba po prostu przeżyć. Tym razem autostop funkcjonował niemal sprawniej od taksówki bo nim się obejrzałem już byłem na miejscu witając się z mym jak by nie było legendarnym hippisowskim przyjacielem. Hej, hej gorące powitanko po czym razem udaliśmy się do wigwamu w którym rozpaliliśmy ognisko, spożyliśmy posiłek po czym nawiązała się między nami dyskusja która pomogła nam nie nudząc się oczekiwać na naszego duchowego ,,brata” beatnika. W trakcie tejże braterskiej dysputy rozejrzałem się po wnętrzu owego niesamowitego wigwamu gdzie na ścianach było mnóstwo podpisów niczym na moich flagach, więc chcąc nie chcąc nabąmknąłem o tym i dowiedziałem się że są to wpisy wszystkich ludzi którzy tu przebywali i że jak mam ochotę mogę się wpisać co uczyniłem kawałkiem węgla drzewnego. Po dłuższej dywagacji min. o tym jak w jednym z wywiadów zostałem przez niego rozłożony na łopatki, i podsunięciu nowego potencjalnego tematu zostałem na jakiś czas pozostawiony ze swymi myślami sam na sam. Więc wygodnie się rozsiadłem na jednym z leżących tam bali uprzednio dokładając do ognia, przysunąłem sobie też malutki pniaczek by posłużył mi za stoliczek wyjąłem swój kajet z torby i zacząłem pisać pierwsze szkice tegoż opowiadania. Muszę przyznać że czekać na wenę wcale nie trzeba było długo bo ona po prostu wisiała w powietrzu pełen romantyzm. Ciepły blask ogniska, zaglądające przez otwór wigwamu zachodzące słońce i brzózki które szeleściły na wietrze a gdzieś tam w oddali dobywał się głos szczekających psów mego drogiego gospodarza. Od razu na samym początku zainteresował mnie zachód słońca i brzózki co z mojego punktu widzenia wyglądało wręcz jak jeden piękny naturalny obraz, który po dziś dzień widnieje w mych wspomnieniach tychże wydarzeń. Pomału robiło się coraz ciemniej , coraz ciężej mi było pisać i mimo tego oraz coraz bardziej drażniącego moje spojówki dymu z ogniska nie poddawałem się by utrwalić te piękne chwile. I gdy tak zatwardziale walczyłem z ciemnością i dymem do wnętrza wigwamu ponownie wszedł mój starszy hippisowski brat w towarzystwie ,,brata” beatnika na którego przybycie obaj czekaliśmy, więc włożyłem swój kajet do plecaka i jak przystało na hippisa gorąco się z nim przywitałem. I ledwo się przywitaliśmy nawiązała się miedzy nami zacięta dyskusja tycząca się naszej wspólnej pasji do pisania nie odstępując ani na krok od idei pacyfizmu. Muszę przyznać że choć na dworze było chłodnawo to atmosfera wewnątrz była nie mniej gorąca niż na obradach sejmu między politykami bo dyskusje były zacięte różne wersje, opcje i propozycje i ścieranie się na argumenty potem rozważania kto ma racje i w jakim aspekcie a gdy w rezultacie doszliśmy do konsensusu napiętą atmosferę rozładowaliśmy dobrymi żartami. Nim się obejrzeliśmy noc była w pełni więc ekipa się rozeszła na moją prośbę pozostawiając mnie na nocleg wewnątrz wigwamu. I choć może na początku niechętnie to jednak gdy nalegałem mówiąc:,, drogi bracie jeśli chcesz mnie ugościć pozwól mi tu nocować bo to miejsce ma swój klimat, nocując tu będę bliżej natury dzięki czemu być może stanę się bardziej twórczy...”. I tak ponownie tej nocy pozostałem ze swymi myślami sam na sam skazany na łaskę matki natury i nabyte wcześniej umiejętności przetrwania w plenerze. Wejście zasłoniłem dużym kocem, dołożyłem drwa do ognia uzupełniając też jego zapas wewnątrz po czym wziąłem pieniek uprzednio stosowany jako stoliczek podłożyłem sobie go pod głowę i wsunąłem się wygodnie do śpiwora. Opatulony śpiworem zerkałem przez dymny otwór w piękne gwieździste niebo zaś myślami byłem gdzieś tam hen daleko marząc o malutkiej hacjendzie, z domkiem w którym jest kominek i kochająca mnie rodzina – marzenie kontestatora szukającego wiecznie miłości. Tak patrząc w niebo z takimi myślami odszedłem w świat Morfeusza. Po jak się okazało kilkugodzinnym błogim śnie zostałem obudzony przez chłód – ,,no tak wygasa ognisko trzeba wstać podrzucić do ognia” powiedziałem sobie i tak też zrobiłem po czym rozgrzewałem się przy ognisku i pykałem swą fajkę. A gdy już byłem rozgrzany i dołożyłem porządnie drwa do ognia zagrzałem jego ciepłem śpiwór po czym sam się do niego wgramoliłem i nim się obejrzałem już spałem jak ten suseł. Ale jak to w życiu po kilku godzinnym śnie ponownie zostałem wyrwany ze szpon Morfeusza. Więc szybko wyskoczyłem ze śpiwora doładowałem solidne klocki drewna w odpowiedniej ilości i na nowo udałem się na spoczynek i tym razem poskutkowało bo budząc się po raz kolejny już nie z powodu zimna dojrzałem pięknie uśmiechające się do mnie słoneczko rażące mnie w oczy, więc pomyślałem sobie pora wstawać. Ogień dogorywał a ja byłem jak nowo narodzony nic mnie nigdzie nie łupało byłem w stanie góry przenosić tyle miałem w sobie siły, gdyż mój organizm niesamowicie się zregenerował i jak na życzenie wstałem zwinąłem śpiwór pakując go do plecaka a gdy to uczyniłem udałem się w stronę mieszkania mojego cudownego gospodarza. Po wejściu do wnętrza domu witając się z wszystkimi domownikami nie omieszkałem wspominać o tym jak cudownie się wyspałem, o co nie ukrywam byłem pytany z mety. Natychmiast zostałem jako gość zaproszony do stołu na iście królewskie śniadanie, które przyrządziła przemiła żona goszczącego mnie przyjaciela – taka kobieta to skarb po prostu ze świecą szukać! Po śniadanku pijąc gorącą jeszcze herbę kontynuowałem dalej debaty z mym starszym hippisowskim bratem i nim ją ukończyłem pić do domu na śniadanko wszedł ,,brat” beatnik którego wspólnie zaprosiliśmy do stołu. Po śniadaniu jako że wszystko co dobre szybko się kończy wraz z bratem beatnikiem pożegnaliśmy się dziękując za gościnę i ruszyliśmy stopem w nieznane. Tak oto kończy się moja historia o której po prostu grzech było by nie wspomnieć na wzgląd na te wspaniale przeżyte chwile bo wszak człowiekowi do szczęścia wiele nie trzeba czyż nie?! Lecz by to zrozumieć należy nauczyć się cieszyć z rzeczy małych a jeśli już opanujemy tą technikę zobaczymy jacy jesteśmy szczęśliwi posiadając cokolwiek mimo iż nie mamy tego co byśmy czasem oczekiwali!

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

do góry tworzenie stron internetowych